recenzja-filmu-czarna-pantera:-wakanda-w-moim-sercu.-jeszcze-raz-to-samo

Recenzja filmu Czarna Pantera: Wakanda w moim sercu. Jeszcze raz to samo

Bezkrólewie

Pierwsza część Czarnej Pantery stała się niespodziewanym hitem w Ameryce, zajmując przez cztery ostatnie lata piąte miejsce najbardziej kasowych filmów na rynku domowym. Choć z pozoru była to kolejna superbohaterska produkcja, to stała się fenomenem przez mocne wpływy afrykańskiej kultury, które były obecne w niemal każdym fragmencie filmu. Kwestią czasu było więc stworzenie kontynuacji, która mogłaby jeszcze mocniej zarysować swój kulturowy rodowód. Niestety śmierć Chadwicka Bosemana przekreśliła pierwotne plany na film, a trudna sytuacja na świecie nie pozwoliła na szybką realizację, przez co na premierę musieliśmy trochę odczekać. Na szczęście Czarna Pantera: Wakanda w moim sercu trafiła już na duże ekrany i niewiele brakowało, abyśmy mówili o jednym z najlepszych produkcji Marvela. Niestety film cierpi na sporo problemów, które pozostawiają po sobie spory niesmak.

Bezkrólewie, Recenzja filmu Czarna Pantera: Wakanda w moim sercu. Jeszcze raz to samo

Nie bez przyczyny twórcy zdawkowo dzielili się szczegółami historii swojego nowego filmu. Uszanuję ich decyzję i tym razem pominę opis fabuły, która wypełniona jest wieloma niespodziankami, nawet dla widzów, którzy oglądali każdy zwiastun. Już pierwsza scena ustanawia ton Wakandy w moim sercu, obiecując zupełnie inną produkcję z superbohaterskiego gatunku, niż te, które otrzymywaliśmy do tej pory. Nikt z ekipy nie chciał przemilczeć bolesnej straty gwiazdy pierwszego filmu i na pierwszy hołd dla Bosemana nie musieliśmy długo czekać. Twórcy z szacunkiem podchodzą do śmierci aktora, integrując ją z graną przez niego postacią. Reżyser Ryan Coogler postanowił nie robić wielkiej tajemnicy z losu T’Challi, dzięki czemu otrzymujemy wzruszającą scenę, której echa słyszalne są aż do samego końca filmu.

Na szczęście druga część Czarnej Pantery nie jest produkcją, która fetyszyzuje utratę głównego bohatera. Historia szybko wskakuje na właściwe tory, opowiadając własną historię, choć nie autonomiczną, gdyż nabiera ona większego znaczenia i głębi przy zestawieniu ją z wydarzeniami z poprzedniego filmu. Otrzymujemy więc nie tylko wątek radzenia sobie z żałobą, spełnienia własnego dziedzictwa, czy pogodzenia się z losem, ale także wybrania własnej ścieżki, bez względu na dokonania poprzedników. Przy poważnym, dojrzałym, a przy tym miejscami ciężkim tonie poruszane motywy odpowiednio wybrzmiewają, aby podkreślić wagę dramatycznej dla całej Wakandy sytuacji. Nie ogląda się tego jak kolejnego filmu superbohaterskiego, ale jak najwyższej klasy blockbuster, który chce być czymś więcej, niż zwykłym rozrywkowym kinem akcji.

Pomaga w tym intrygujący, a przy tym świetnie zrealizowany wątek Namora i jego podwodnego królestwa Talokan. Twórcy obiecywali, że postać nie będzie złoczyńcą i rzeczywiście jest raczej antybohaterem, który ma swoje odpowiednio zarysowane motywacje, ale również określone zasady i obawy przez eksplorujące podwodne głębiny ludzi, którzy narażają jego świat na liczne problemy. Film dużo czasu poświęca Namorowi, który dokładnie może przedstawić swoje racje, czy przejmującą historię powstania jego podwodnego ludu, który przed laty musiał sporo wycierpieć. Łatwo więc zrozumieć, że Namor widzi świat jedynie w czarno-białych barwach, podobnie jak Thanos, nie godząc się na żadne kompromisy, które nie są w pełni korzystne dla ochrony jego ludu.

Gdy dodamy do tego przedstawienie konsekwencji decyzji T’Challi i całej Wakandy z pierwszego filmu, otrzymujemy spójnie budowany przez Ryana Cooglera świat, przy którym można na moment zapomnieć, że należy do większego uniwersum. Gdy więc wydaje się, że Czarna Pantera: Wakanda w moim sercu będzie filmem bez większych problemów, do którego z przyjemnością będzie wracało się w przyszłości, twórcy nagle przypomnieli sobie, że to wciąż kino superbohaterskie, więc muszą fabularnie uzasadnić doprowadzenie do wielkiej bitwy na sam koniec filmu. Jest to moment, w którym druga część Czarnej Pantery zaczyna powtarzać motywy, jakby wszystkie pomysły zostały przedstawione już w pierwszej połowie i nikt nie wpadł na nic błyskotliwego, co można byłoby wykorzystać w pozostałej części.