recenzja-serialu-mecenas-she-hulk.-marvel-juz-nawet-nie-udaje

Recenzja serialu Mecenas She-Hulk. Marvel już nawet nie udaje

Dobre złego początki

Do czwartej fazy Kinowego Uniwersum Marvela byłem nastawiony optymistycznie. Skoro trzy pierwsze fazy wyszły tak dobrze, to czemu studio miałoby nie powtórzyć tego sukcesu kolejny raz, tylko z nowymi bohaterami i historiami. Gdy pierwsze filmowe i serialowe próby Marvela można było uznać za udane, tak w ostatnim czasie zmęczenie materiału i brak kreatywności widać na każdym kroku. Na każdego jednego Doktora Strange’a w multiwersum obłędu przypada jeden Thor: miłość i grom, a na każdego Wilkołaka nocą Mecenas She-Hulk. Nie jest tak, że studio tworzy same kiepskie lub przeciętne produkcje, ale w ostatnim czasie naprawdę udanych tytułów w MCU jest coraz mniej.

Dobre złego początki, Recenzja serialu Mecenas She-Hulk. Marvel już nawet nie udaje

Serial o She-Hulk jest tego najlepszym dowodem. Po całkiem niezłym wprowadzeniu bohaterki w pierwszym odcinku i połączeniu serialu z filmem Incredible Hulk z 2008 w drugim przyszedł czas na kolejne, mniej udane epizody, które z uporem powielały te same błędy. Jennifer Walters narzeka na swój los, w tle rozgrywa się jakaś mało ważna sprawa sądowa, a wszystko to ubrane w komediowej i lekkiej konwencji. Problem w tym, że ten schemat zaczął już nużyć w czwartym z dziewięciu odcinków, a salw śmiechu podczas seansu ciężko było usłyszeć.

Mecenas She-Hulk miała ogromny potencjał, gdyż wcześniej w uniwersum nie stworzono typowej komedii, dodatkowo prawniczej, której tytułowa bohaterka łamałaby czwartą ścianę. W rękach odpowiednich twórców byłby to materiał na prawdziwy hit, który dowodziłby nie tylko wciąż wysokiej kreatywności twórczej w Marvelu, ale również udowodnieniu, że kino superbohaterskie nie musi polegać wyłącznie na prostych akcyjniakach. Niestety, studio powierzyło ten projekt osobom, które najwyraźniej nie znały się tak samo na komedii, jak i na prawniczych proceduralach. Otrzymujemy więc zlepek przypadkowych scen, gagów i postaci, które w żaden sposób nie rozwijają głównej historii, bo przez większość sezonu jej tu po prostu nie ma.

Gdy jednak widać zalążek potencjału, aby chociaż finał był emocjonujący i miał znaczenie dla dalszego rozwoju uniwersum, Mecenas She-Hulk bawi się w autoparodię i autoironię. Trzeba przyznać, że ostatni odcinek miał w sobie coś, aby wyrwać ten serial z marazmu i ożywić całą historię, jednocześnie wprowadzając wreszcie humorystyczny element, który wyśmiewałby absurdy i klisze z produkcji Marvela. Ale twórcy kolejny raz walą łopatą, bez żadnej subtelności i ze zwykłym cynizmem wykorzystując krytykę fanów w kierunku studia. Nie ma nic gorszego, gdy potężne korporacje lub ich bogaci prezesi próbują wyśmiać samych siebie, całkowicie spłycając i zatracając sens krytyki i toczonego przez widzów dyskursu.